Krótka aczkolwiek bardzo treściwa i zacna rozmowa z Kariną wpłynęła na zmianę treści i formy dzisiejszego posta w blogu. Miało być, a jest 🙂 Otóż właśnie jest spotkanie z Kobietą pisarką, farmerką, feministką, żoną, kochanką…. Przede wszystkim spotkanie z Człowiekiem. 

 

Karen Blixe, utalentowana, wrażliwa, ekscentryczna, pod koniec życia bardzo nieszczęśliwa – taka była jedna z najwybitniejszych duńskich pisarek.

urodziła się 17 kwietnia 1885 roku w Rungsted niedaleko Kopenhagi. Pochodziła z zamożnej mieszczańskiej rodziny o szlacheckich koligacjach. Pisała i rysowała od dziecka, ukończyła kopenhaską Akademię Sztuk Pięknych. Pod pseudonimem Isak Dinesen zadebiutowała drukowanymi w prasie w latach 1907-1909 opowiadaniami, potem jednak zamilkła jako pisarka na ponad 20 lat.

W 1914 roku, w wieku 28 lat, Karen wyjechała do Kenii. Tam wzięła ślub z Brorem von Blixen, mimo że kochała się w jego bracie bliźniaku. Mąż obdarzył ją tytułem baronowej, ale też zaraził syfilisem. Bror był nieodpowiedzialnym kobieciarzem, ona – kobietą wykształconą, wrażliwą i romantyczną. To niedobrane małżeństwo przypominało raczej pakt, w którym on dał jej tytuł, a ona – majątek swojej rodziny, za który kupili farmę kawy w Kenii, u stóp góry Ngong. Rozeszli się w 1921 r. i przez następne lata Karen prowadziła farmę samodzielnie. Miłością jej życia był Denys Finch Hatton, brytyjski arystokrata, który jako 23- latek wyjechał z Anglii i zajmował się organizowaniem safari dla bogatych klientów. Oboje interesowali się literaturą, kochali Afrykę, razem polowali, podróżowali, latali pilotowanym przez Denysa samolotem. Burzliwy związek z Denysem – pokrewną jej duszą – był najszczęśliwszym okresem w jej życiu.

 

Hannah Arendt nazywa Blixen Szeherezadą.Zanim została pisarką, słynęła jako opowiadaczka – słuchacze poddawali jej pierwsze zdanie, a ona umiała rozwinąć je w opowieść. “W Europie zanikła sztuka słuchania opowieści. Mieszkańcy Afryki nieumiejący czytać nadal ją mają. Jeżeli ktoś zacznie do nich mówić te słowa: był raz pewien człowiek, który wyszedł na równinę i tam spotkał drugiego człowieka – cali zamieniają się w słuch, ich wyobraźnia biegnie śladem nieznanych ludzi na równinie. Natomiast biali nie potrafią słuchać opowiadania. Ci ludzie przyzwyczaili się do odbierania oczyma” – zauważyła Blixen w jednym z listów do rodziny.

“Nigdy nie widziałam kraju tak pięknego, że sama kontemplacja tej piękności potrafi uszczęśliwić człowieka na całe życie” – pisała Blixen do matki. Karen szanowała autochtonów, autentycznie przejmowała się ich losem. Na farmie u stóp gór Ngong założyła dla tubylców szkołę i ośrodek zdrowia, co przyniosło jej wśród białych sąsiadów opinię ekscentryczki. Prawie 17-letni pobyt Blixen w Afryce był przerywany wyjazdami do Europy na kuracje. Choroby weneryczne leczono wtedy rtęcią i arszenikiem, co wyniszczało organizm.

Pod koniec lat 20. stan jej zdrowia jeszcze się pogorszył, ciężko przeszła poronienie dziecka, którego bardzo pragnęła. Nad plantacją zawisła groźba bankructwa, Denys Finch Hatton zginął w katastrofie samolotowej. Przytłoczona nieszczęściami, w 1931 roku Blixen postanowiła wrócić do Danii. Miała wówczas 46 lat i czuła się przegrana. Opuszczając Afrykę pisała w liście do matki: “Mam wrażenie, że gdziekolwiek przyjdzie mi się znaleźć w przyszłości, zawsze będę się zastanawiała, czy w Ngong pada deszcz”.

W innym liście do rodziny pocieszała się: “można znieść każdą ilość cierpienia, jeśli da się je potem przerobić na jakąś historię”. Swoją pierwszą książkę, “Siedem niesamowitych opowieści”, którą zaczęła pisać w Afryce, opublikowała w 1934 r.; trzy lata później ukazały się wspomnienia z Kenii – “Pożegnanie z Afryką” – które przyniosły jej światową sławę. W kolejnych latach, po angielsku i duńsku, m.in. pod pseudonimem Isak Denisen, wydała następne powieści – “Niewinne mścicielki” (1946) i “Cienie na trawie” (1960) – oraz zbiory opowiadań, m.in.: “Zimowe opowieści” (1942), “Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu” (1958).


 

Więcej zdjęć z afrykańskiego Muzeum Karen Blixen znajdziecie >>>>>

Ta część post dedukowana jest tym wszystkim z Was, którzy jesteście ciekawi pełniejszej treści życiorysu Karen i może po przeczytaniu Wasza domowa biblioteka wzbogaci się o kolejne książki autorki “Pozżgnania z Afryką ”  

 „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong”  
Zanim przeznaczenie, w które tak bardzo wierzyła, zaprowadziło ją do Kenii, a później uczyniło z niej najbardziej znaną duńską pisarkę, Karen Blixen wiodła dosyć spokojne i ustabilizowane życie w swym rodzinnym kraju.
 Pochodziła z arystokratyczno-burżuazyjnej rodziny, urodziła się w 1885 roku. Dinesenowie (krewni ze strony ojca) byli spowinowaceni z najlepszymi duńskimi i szwedzkimi domami, Westenholzowie (rodzina po kądzieli) łatwo pomnażali majątki, lecz odznaczali się tradycyjną moralnością i pojmowali życie w sposób bardzo konserwatywny. Karen od najmłodszych lat widziała, że obie rodziny kontrastują ze sobą i zdecydowanie opowiadała się po stronie Dinesenów oraz swego ojca – pisarza i podróżnika, który popełnił samobójstwo, gdy córka miała zaledwie dziesięć lat.

Matka oraz ciotka Bess próbowały wychowywać ją surowo w duchu Westenholzów, ale młoda Tanne najlepiej czuła się w wielkiej posiadłości Dinesenów w Katholm. Podczas któregoś z pobytów jedna z ciotek wyznała Karen, że zna prawdopodobną przyczynę śmierci jej ojca – Wilhelm nigdy nie doszedł do siebie po stracie ukochanej, hrabianki Agnes Frijs, która zmarła na tyfus mając 19 lat. Rewelacje ciotki tylko utwierdziły Tanne w przekonaniu o wielkości i wyjątkowości jej ojca. Odtąd pragnęła go naśladować: podróżować jak on, polować i pisać. Nieprzypadkowo pierwszy wybrany przez nią pseudonim brzmiał Osceola, co było imieniem indiańskiego wodza, ponieważ ojciec mieszkał przez pewien czas wśród Indian. Jej afrykańska farma nosiła z kolei miano Mbogani (Dom w lesie), co Karen uważała za anagram słowa Boganis: pseudonimu jaki używał ojciec.



Karen nie czuła się dobrze w domu swej matki, osoby wymagającej i zaborczej wobec dzieci. Chętnie spędzała czas u krewnych Dinsesenów – Frijsów. Właśnie u nich poznała swą wielką miłość: Hansa Blixena. Był on starszym z bliźniaków i tym samym spadkobiercą rodowej fortuny. Mimo wielkiej przyjaźni, jaką darzył Tanne, nie zamierzał się z nią ożenić. Młoda panna Dinesen miała złamane serce i kilkakrotnie (jak sama mówiła) odrzuciła oświadczyny jego brata Brora. Zgodziła się je wreszcie przyjąć, gdy ktoś z rodziny zaproponował młodym wyjazd za granicę, podpowiadając, że właśnie na emigracji najpełniej rozwinęliby swoje talenty. Początkowo mówiło się o Nowej Zelandii, wkrótce jednak stanęło na Afryce. Karen i Bror Blixen zaręczyli się, a rodzina przyszłej baronowej wyłożyła hojną kwotę na zakup farmy, na której mieli hodować bydło. Bror wyjechał do Afryki pierwszy, zagospodarować się na kupionej korespondencyjnie ziemi. Karen miała dotrzeć na Czarny Ląd później i natychmiast wziąć z narzeczonym ślub.


„Moja farma leżała nieco za wysoko na uprawę kawy”
Jak się okazało, lekkomyślny i łatwo ulegający wpływom Bror sprzedał tereny kupione przez Westenholzów i nabył inne. Zamiast bydła mieli teraz z Karen uprawiać kawę, na którą w Europie było ogromne zapotrzebowanie. Ziemia ta leżała jednak za wysoko, aby zbiory mogły się udać. Jak mówiła szwedzka przyjaciółka Blixen, także osadniczka w Kenii, Ingrid Lindstrőm, na tej wysokości świetnie można było hodować właśnie krowy mleczne, a niżej istotnie uprawiać pewną ilość kawy. Tanne Dinesen podróżująca statkiem „Admiral” na spotkanie swego przeznaczenia i przyszłego męża oczywiście nie miała pojęcia, że ten nierozważny krok Brora stanie się w przyszłości przyczyną jej klęski.

Bror von Blixen-Finecke i Tanne Dinesen pobrali się 14 stycznia 1914 roku  przed gapowatym urzędnikiem stanu cywilnego, który nawet nie pamiętał ich imion. Świadkiem pana młodego był książę Wilhelm Szwedzki, a przyjęcie weselne zorganizowano w wagonie pociągu, który wiózł małżonków do ich domu.
  Widok masywu gór Ngong zapierał dech w piersiach, Karen Blixen opisywała jego cztery szczyty jako „znieruchomiałe fale morza”. Ale dla wrażliwej artystki, którą była, najważniejsze stały się kolory nieba: „Niebo było zwykle jasnoniebieskie lub bladoliliowe, bardzo rzadko nieco ciemniejsze (…). Miało jednak ukrytą moc błękitu, którego głęboki, świeży odcień nakładało na pasma wzgórz i na lasy. W południe powietrze nad ziemią ożywało jak płonący ogień; iskrzyło się, falowało i błyszczało jak wodne kaskady, na kształt zwierciadła odbijało i podwajało wszystkie przedmioty” – pisała w „Pożegnaniu z Afryką”.
    


Karen Blixen zakochała się w Afryce, górach Ngong i swojej farmie od pierwszego wejrzenia. „Jestem tu, gdzie powinnam być” – powtarzała. Oboje z Brorem rozpoczęli gospodarowanie na farmie. Mozolnie oczyszczono część ziemi i posadzono kawowe drzewka; na pierwszy zbiór należało jednak poczekać kilka lat, mając nadzieję, że będzie obfity.
 Tymczasem wybuchła pierwsza wojna światowa, która w Afryce przybrała dziwny przebieg: naprzeciwko siebie stanęły dwie potęgi kolonialne: Imperium Brytyjskie i Keiserowskie Niemcy (wspomagane nieoficjalnie przez armię RPA), które miały tutaj swoje posiadłości, zajmujące terytoria nazywane wówczas: Brytyjską Afryką Zachodnią i Niemiecką Afryką Wschodnią.
 Emigranci z krajów skandynawskich traktowani byli w Kenii podejrzliwie: Anglicy uważali, że sympatyzują oni z Niemcami. Szczególnemu ostracyzmowi została poddana Karen Blixen, która tuż przed wojną kupiła kilka zarodowych klaczy z polecenia swego dawnego znajomego niemieckiego generała von Lettowa. Nieufność wobec baronowej rozwiało dopiero przyznanie jej bratu Thomasowi (ochotnikowi po stronie brytyjskiej) Krzyża Wiktorii za odwagę.


Po skończonym sadzeniu drzewek kawowych Blixenowie zrobili sobie krótkie wakacje i wybrali się na safari, gdzie polowali na lwy. Po 30 latach Karen tak wspominała te chwile, gdy wspólnie mieszkali w namiocie, jedli pieczoną dziczyznę, a przy ognisku zabawiali się słuchaniem somalijskich historii myśliwskich, opowiadanych przez służącego: „Jeśli bym chciała, żeby coś z mojego życia powtórzyło się, to byłoby to raz jeszcze safari z Brorem Blixenem”.


„Ilekroć byłam w Afryce chora…”


Wkrótce po powrocie na farmę Karen Blixen zaczęła czuć się bardzo źle. Początkowo podejrzewała u siebie przemęczenie, potem myślała, że cierpi na malarię, rozpowszechnioną wśród emigrantów. Diagnoza lekarza była jednak druzgocząca: zaraziła się od męża syfilisem. Bror Blixen dość swobodnie traktował małżeńską przysięgę wierności, słynął z licznych romansów i przygód, także z afrykańskimi kobietami. Co ciekawe, u niego choroba nie przybrała tak niszczących rozmiarów, przeszedł ją bardzo lekko i jego druga żona, Cockie, nie wierzyła w późniejszych latach, że w ogóle był na coś chory. Blixen cieszył się zresztą legendarnym zdrowiem: potrafił wyjść bez szwanku z gorszych opresji, z ranami zadanymi przez szarżujące podczas safari zwierzęta włącznie. Powszechnie znana była jego przygoda z lizolem, który pomylił z wodą sodową i wypił. Mimo strasznych poparzeń gardła i języka nie tylko nie zdecydował się na wizytę w szpitalu, ale na trzeci dzień po wypadku wyruszył do swojej jednostki (działo się to podczas wojny).
 Syfilis leczono wówczas tabletkami z rtęcią, wyjątkowo toksycznymi, które w wielu przypadkach powodowały zatrucie. Współcześni medycy uważają, że właśnie zatrucie, w tej pierwszej fazie leczenia choroby, stało się przyczyną późniejszych licznych dolegliwości Karen Blixen, które ostatecznie doprowadziły jej zdrowie do całkowitej ruiny.


 „Miłość do mężczyzny i adoracja męskości”

Rok 1918 rok dla Karen czasem romansów. Najpierw zaprzyjaźniła się z Erikiem von Otterem, znajomym swego męża, nazywanym przez tubylców „Jeden strzał”, gdyż tak doskonale władał bronią. Karen była zafascynowana Erikiem, ponieważ przypominał jej ojca, był męski i władczy. Wkrótce jednak zaczęła jej przeszkadzać jego zaborczość i brak poczucia humoru. Gdy była z nim na polowaniu podziwiała jego charakter i chart ducha, ale gdy spędzali czas w domu przed kominkiem drażniła ją jego małomówność i nadmierna powaga. Kiedy zaproponował jej, by się rozwiodła i wyszła za niego, odrzuciła ten pomysł bez wahania.


Zresztą 5 kwietnia w klubie Muthaiga poznała angielskiego arystokratę, trzydziestodwuletniego Denysa Finch-Hattona – swoją wielką miłość. „Jakie to niezwykłe, żeby spotkawszy kogoś, natychmiast poczuć taką sympatię i tak dobrze się z nim czuć; jaką cudowną rzeczą jest talent i inteligencja” – pisała do matki, bardzo już zakochana. Nawet jej własny mąż zauważył tę fascynację, ale nie okazywał zazdrości. Finch-Hatton był synem hrabiego Winchilsea, podróżnikiem i poszukiwaczem przygód. Jako pierwszy zaczął organizować w Kenii „zawodowe” safari; utrzymywał się prawie wyłącznie z polowań. Był absolwentem elitarnej angielskiej szkoły średniej Eton (z internatem, tylko dla chłopców, także i dzisiaj, rozpoczynają w niej naukę w wieku 10 lat i kończą w wieku 17 lat) i ekscentrykiem. Potrafił polecieć z Afryki do Londynu na operę i wrócić, nie zawiadamiając nikogo z rodziny. Swoją kulturą, wszechstronną wiedzą i oczytaniem na pewno wyróżniał się spośród znajomych Blixen. Karen uwielbiała w nim wszystko, jak sama mówiła był jej żywym ideałem.
Tymczasem przyszło zawieszenie broni i katastrofalna susza, która zniszczyła uprawy kawy.

W 1919 roku Blixenowie wyruszyli w podróż do Europy, by między innymi stawić czoła rozzłoszczonym krewnym, którym afrykańska inwestycja nie bardzo się opłaciła. W związku z pogorszeniem się stanu zdrowia, Karen znowu znalazła się w szpitalu. W końcu przyznała się matce i bratu na co choruje, a oni, zaszokowani zaczęli naciskać na rozwód. Karen Blixen nie zamierzała jednak rozwodzić się z Brorem. Darzyła swego męża na pewno nie miłością, a szczerą przyjaźnią i była mu wdzięczna, że obdarzył ją arystokratycznym tytułem. Poza tym pozycja kobiety zamężnej była inna niż rozwódki; Blixen obawiała się o swoją rangę towarzyską i ewentualną izolację w środowisku. W jej przypadku rozwód mógłby też oznaczać utratę niezależności: Karen martwiła się, że rodzina może zacząć nalegać na sprzedaż farmy i powrót do Danii. Odmówiła zatem stanowczo.



„Wytrzymać!”
      
Początek lat 20. przyniósł ciągłe kłopoty ze zdrowiem i nieustanną wizję sprzedaży farmy. Blixen czuła się źle, ale nie łączyła swoich dolegliwości z syfilisem: cierpiała na bóle kończyn, które uznawała za „lumbago”, będące w istocie objawami syfilisu kręgosłupa, czyli tabes dorsalis.
 Hasłem baronowej, które często wówczas powtarzała, było „Wytrzymać!”. Wytrzymać zły sezon zbiorów, pretensje akcjonariuszy, napad choroby, frustrację i tęsknotę. Za wszelką cenę utrzymać się w Afryce. Dodatkową przykrością była separacja, a potem rozwód z mężem. W tym czasie Blixen zaczęła podejrzewać, że jest w ciąży z Finch-Hattonem. Było to niebezpieczne w jej wieku i przy ciągłym zagrożeniu syfilisem, ale Karen odebrała ten fakt jako znak od losu. Po kilku tygodniach nabrała takiej pewności, że zatelegrafowała do przebywającego w Anglii Denysa, używając w depeszy pewnego umówionego hasła: nazwała nienarodzone dziecko Danielem. Finch-Hatton odpowiedział bardzo szybko i lakonicznie: „Usilnie namawiam, odwołaj wizytę Daniela”. Zdruzgotana Blixen zadepeszowała „Nie miałam na myśli pomocy, tylko zgodę” i nie odezwała się do kochanka przez kilka kolejnych miesięcy. Dziecka nigdy nie urodziła, biografowie spekulują, że mogła poronić, bądź pomyliła ciążę ze spóźniającym się znacznie okresem.



W końcu Finch-Hatton powrócił z Anglii z kolejnym projektem: kupił kawałek ziemi nad Oceanem Indyjskim i wybudował tam dom. Ponieważ nauczył się latać samolotem, często pokonywali z Karen tę trasę drogą powietrzną. Ona była zachwycona jego domem na urwisku: „Krajobraz ma tutaj boską, czystą, pustynną, morską wielkość” – pisała. Denys zaczął utrzymywać się prawie wyłącznie z organizowania safari, a pomiędzy wyprawami wracał do domu Blixen u stóp Ngong. Zbiory w roku 1927 były tragiczne, Karen zrozumiała, że farma musi zbankrutować.
 Próbowała przekonać Finch-Hattona, by zainwestował w przedsiębiorstwo „Karen Coffee”, ale jego prawnicy odmówili, oferując zaledwie drobną pożyczkę. Na dalszą pomoc krewnych także trudno było liczyć. W końcu farma została ostatecznie zlicytowana.

Na wiosnę 1931 roku Blixen miała wrócić do Danii. Była w rozpaczy. Miotały nią zupełnie sprzeczne uczucia. W listach w mało zawoalowany sposób groziła rodzinie samobójstwem, jeżeli nie umożliwią jej życia na odpowiedniej stopie, do której była przyzwyczajona. Chciała, by wyłożyli pieniądze na naukę jakiegoś zawodu (dziennikarstwa lub kuchmistrzostwa), który mogłaby wykonywać. Biografowie spekulują, że w tym czasie rzeczywiście usiłowała targnąć się na swoje życie – jej brat opowiadał, że „zraniła się” kalecząc przeguby rąk. Wydarzyło się to po ostrej kłótni z Finch-Hattonem, która była prawdopodobnie zerwaniem. Karen, w swojej rozpaczy stała się zaborcza i roszczeniowa, być może namawiała Denysa na małżeństwo, a on, jako wolny duch, bardzo obawiał się wszelkiego, także uczuciowego uwiązania. Pomiędzy kochankami doszło do sprzeczki, a Finch-Hatton zażądał od Karen zwrotu złotego pierścienia, który przywiózł jej w prezencie z Erytrei w 1928 roku.
 Po opuszczeniu farmy Denys udał się do Nairobi, a potem w drogę na safari:  miał lecieć do Voi. Nigdy tam nie dotarł, samolot zapalił się tuż po starcie i Finch-Hatton zginął.



„Pożegnanie z Afryką”
      
Karen pochowała kochanka na wzgórzach Ngong, w miejscu, które kiedyś, przed laty, wybrali na swoje groby. Wszyscy przyjaciele okazywali jej współczucie, uważając za wdowę po Finch-Hattonie. Wyrazy ubolewania złożył nawet przebywający w Tanganice były mąż Karen, Bror.
 „Gdy już opuściłam Afrykę” – pisała Karen Blixen w swej najsłynniejszej książce – „Gustaw Mohr napisał mi o dziwnym zdarzeniu, które zaszło na grobie Denysa. (…) Masajowie (…) donieśli komisarzowi okręgu Ngong, że wiele razy o wschodzie i zachodzie słońca widywali lwy na grobie Finch-Hattona w górach. Przychodziły tam lew i lwica, stawały przy grobie lub kładły się na nim, długo tam pozostając”.


Po sprzedaży farmy, którą kupił młody przedsiębiorca, by ją rozparcelować i wybudować na jej terenie szereg bungalowów, Blixen wróciła do Europy. Bała się życia w niegościnnym, zimnym, północnym kraju, tak różnym od Afryki, którą pokochała. Jednocześnie śmierć Finch-Hattona była dla niej symbolicznym zamknięciem drzwi: nie istniał już świat jej marzeń i namiętności.
 Obawiała się niepotrzebnie. Wkrótce po powrocie do ojczyzny zajęła się pisaniem, odnosząc ogromny komercyjny sukces. Jej książki tłumaczone na wiele języków cieszyły się popularnością, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Powieść „Pożegnanie z Afryką”, subtelna i pełna nastrojowej poetyki relacja z jej życia w Kenii, wydana w 1937 roku, przyniosła jej zasłużoną sławę.

Niestety, ostatnie lata życia zatruła jej choroba, która rozwijała się nieustępliwie, odbierając jej powoli zdolność normalnego funkcjonowania. Bóle były tak dotkliwe, że musiała zażywać coraz większe ilości środków uśmierzających. W końcu nie mogła już nawet poruszać się o własnych siłach. Ponieważ syfilis osłabił również jej układ trawienny, bardzo mało jadła, przez co była słaba i podatna na infekcje. Zmarła w 1962 roku, nie wróciwszy już nigdy do Afryki.
W „Pożegnaniu z Afryką” tak opisywała swój odjazd z Kenii: „Na południowym zachodzie widniały góry Ngong. Ich szlachetna sylwetka wznosiła się nad niebieskawym, nizinnym krajobrazem. Były jednak tak odległe, że cztery szczyty niemal zlewały się z całym masywem i wyglądały inaczej niż z farmy. Później zarys gór powoli znikał, dal równała je z otoczeniem”.


Źródło: Imperium Kobiet, www.ikmag.pl

©